Jerzy Ryszard Bojarski
Antoniego Chodorowskiego poznałem „w kwiecie wieku” wiosną 1988 roku, 25 marca około południa. Dzień był szary, nieciekawy. Pojechałem do Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Załadowałem kasety taśmą, wyciągnąłem statyw i halogeny, przygotowałem wysłużonego „Arriflex’a”, kamerę filmową, która terkotała jak karabin maszynowy, ale była niezawodna, dwa ołowiowe akumulatory (jeszcze dziś czuję ich wagę!). Takie były obowiązki asystenta operatora obrazu. Załadowałem „towar” do służbowego Fiata 125p, którym powoził jeden z najlepszych operatorów WFD – Cezary Makowski. Przy biurze wsiadła pani redaktor Maria Góralczyk i ruszyliśmy na Ursynów do Galerii „U”.
Galerię w półsuterenie, znaleźliśmy szybko. Wyróżniało ją kilkumetrowe, kolorowe malowidło kameleona. Jak się dowiedziałem pomysłu i autorstwa Chodorowskiego. Obecny najemca lokalu zlikwidował mural. A szkoda – byłby świetną reklamą. Podobny los spotkał dekorację ścienną w szkolnej pływalni przy ul. Koncertowej 4. Gdy tylko trafiła pod władanie Urzędu Dzielnicy pływalnię „odnowiono” niszcząc przy okazji ten wielki obraz Antoniego. Te przykłady świadczą o poziomie i gustach „decydentów-kasjerów”. Przytaczam je bardziej dla przyzwoitości niż skuteczności. Antek, jak go bliżej poznałem, gardził takimi osobnikami.
Ale wróćmy do Galerii „U”. Przywitał nas kierownik artysta-plastyk Włodzimierz Dawidowicz, gdyż on był gospodarzem aktualnej wystawy prac Antoniego Chodorowskiego. Były to rysunki satyryczne i karykatury. Widać na tyle wartościowe, że przyjechała do nich Polska Kronika Filmowa. Kto pamięta realia tamtych czasów wie jakie to było wyróżnienie – zaistnieć chwilę przed seansem w każdym krajowym kinie mimo telewizji. Nasza redaktorka biegała po sali głośno zachwycając się rysunkami. Mnie również podobała się ostrość satyry oraz artyzm rysunku. Widzów było niewielu – jeden krępy brodacz w płaszczu, z czapką w ręku. Kręcił się przy ekipie, uśmiechał jakby do siebie słysząc komplementy na temat prac. Gdy skończyliśmy zdjęcia, Włodek Dawidowicz, przedstawił samotnego gościa. Był to autor tej interesującej i odważnej politycznie, jak na ów okres, ekspozycji.
Pani redaktor wpadła na pomysł, żeby zrobić jeszcze ujęcia w domu artysty. Zgodził się, ale pod warunkiem, że przyjedziemy za dwie godziny, bo rodzina musi się trochę „ogarnąć”. Tak też się stało. Kiedy zjawiliśmy się u państwa Chodorowskich, okazało się, że to nie jest taki zupełnie „normalny” dom, tylko nietypowy, rodzinny! Dzieciaków była chmara! Wtedy rozpoznała mnie żona Antoniego – Zosia i pamięć mi wróciła. Mieszkaliśmy po sąsiedzku w dwupiętrowym bloku. Na podwórku Zosia nie bywała. Były to bowiem czasy eksperymentu integracyjnego, któremu miało służyć miksowanie rodzin. I w naszym bloku ocierali się o siebie tramwajarz, sportowiec, murarz, inżynier, ubek itp. Niestety, odmienne obyczaje ludzi z różnych środowisk były zarzewiem różnych konfliktów. Zosia pochodziła z dobrego domu i dla zachowania obyczajności podwórko, wraz siostrą, oglądała najczęściej przez okno. Przypomniałem sobie też, że z wysokości drugiego piętra widziałem nieraz chłopaka z teką rysunkową pod pachą jak wędrował do sąsiedniej klatki.

Tymczasem w mieszkaniu Cezary filmował, ja fotografowałem. Antek wyraził chęć zrobienia ekipie karykatur. Gdy mnie rysował, to spytał czy może być trochę obsceniczna. „Oczywiście!” Nawet byłem ciekawy co wymyśli. Gdy zobaczyłem, powiedziałem, że przesadził bo takiego teleobiektywu, to nie ma żaden fotograf. Przy podpisie była data i godzina. Stąd ta dokładność na początku artykułu. Kawalarzem był urodzonym i w czasie filmowania sam układał dowcipny scenariusz. Tak zaczęła się nasza znajomość.
Lubił pracować w nocy. Często wychodził na spacer i patrząc na okna znajomych, w których paliło się światło, stwierdzał kogo może odwiedzić. Jakoś wypatrzył, że też jestem „sową” i złożył mi wizytę „wieczorową porą”. Pamiętam, że rozmawialiśmy o korzeniach rodowych, bo tym się interesował. Mawiał o sobie: „jestem szlachcic z Chodorów, herbowy, nie podrabiany” i zaraz – a ty skąd? Ucieszył się , że ja też „szaraczek”, tyle że z Lubelszczyzny. Przy okazji, narysował karykaturę mojej żony (była pilotem wycieczek zagranicznych). I dzięki temu wiem, że wstąpił przed północą 19 kwietnia 1989 roku i wyszedł 20 kwietnia około pierwszej.
U Państwa Chodorowskich bywałem przy okazji omawiana spraw z Zosią, która oprócz prowadzenia domu rodzinnego pracowała w TPD i udzielała się społecznie. Wtedy gdzieś z głębi mieszkania wyłaniał się Antoni i była okazja do pogawędki. Często spotykaliśmy się na wernisażach. Dobrze pamiętam wielką wystawę autorską „Chodora” (jak żartobliwie nazywali Antka przyjaciele i znajomi) w Muzeum Karykatury na Koziej. Pojawiło się wiele osobistości ze świata kultury z Erykiem Lipińskim na czele. Mimo tłoku, Antoni znalazł chwilę by się ze mną przywitać. Odebrałem to jako zaszczyt. Ot, próżność!
Na wernisażach Antek zjawiał się po oficjalnym otwarciu, czasem bardzo późno. Spokojnie i uważnie oglądał prace. Czasami prosił: „to mi się podoba, zrób mi zdjęcie z tym”. Zauważyłem, że jeśli mu się coś nie podobało nigdy publicznie tego nie krytykował. Po prostu milczał. Tak wyrażał swoją dezaprobatę.
Cenił sobie swoją niezależność. Gdy straciłem pracę i przypadkowo zwierzyłem się z mojego kłopotu Antkowi ten mnie pocieszył: „Stary, co się martwisz! Ja nigdy nie pracowałem na etacie!”. No tak – pomyślałem – do tego trzeba być Chodorowskim… Jeśli coś mu „podpadło” dostawało porcję batów w satyrycznych rysunkach. Obrywała lewica i prawica, ateiści i kler. Fałsz, obłuda. Totalitaryzm, cyniczni politycy, perfidne oszustwa i w ogóle wszelkie łajdactwo budziło jego artystyczny protest. Nigdy nie związał się z jakimś politycznym ugrupowaniem. Jego niezależność drażniła wielu. W rozmowach z nim odkryłem ze zdumieniem, że ma jak najgorsze mniemanie o przemianach w kraju i nowej elicie politycznej. Epatował pesymizmem i nie mogłem go przekonać do moich nadziei. Teraz wiem, że miał rację!
Odskocznią od świata, któremu przywalał były jego zainteresowania. Kochał astronomię i nauki ścisłe. Wykonał wiele pięknych zdjęć komety Hale’a-Boppa i umiał je interpretować. Kiedyś zjawiłem się wieczorem z jakąś sprawą u Państwa Chodorowskich i wspomniałem mimochodem o wystawie architektury krajobrazu w Galerii Działań. Antoni wdział płaszcz i powiedział „Idziemy!”. Zdążyliśmy przed zamknięciem. Po obejrzeniu ekspozycji zrobił mnie i Jackowi Ojdzie wykład o zdumiewających właściwościach „wstęgi Moebiusa”. Sztuka była jego pasją, dla rozrywki grał na keyboardzie, lubił rysować, siłować się na rękę… Imponował wiedzą i należał do elitarnego klubu osób o najwyższym ilorazie inteligencji. Kochał naturę we wszystkich jej przejawach. Pewnego dnia poprowadził mnie na pagórek w pobliżu bloku gdzie mieszkała rodzina i z dumą pokazał zasadzone przez niego drzewa i krzewy sprowadzone gdzieś spod Chodorów. Miał istotnie cechy niegdysiejszej szlachty zagrodowej: pracowitość, poczucie własnej wartości, odwagę, przywiązanie do wolności, tradycji i rodowego herbu Korczak. Stąd zapewne jego twarde „liberum veto!” dla wszelkiego zła, które dostrzegał. Odszedł niespodziewanie w pełni sił twórczych. Ale przyjaciele, jak widać, o nim nie zapomnieli.
Jerzy R. Bojarski