Monika Małkowska
Subtelność i siła
W poniedziałek 15 lutego zmarł w Warszawie Antoni Chodorowski, jeden z najpopularniejszych polskich karykaturzystów. Przyczyną śmierci okazał się tętniak aorty szyjnej. Rysownikowi nie ocaliła życia natychmiastowa pomoc lekarska ani kilkunastogodzinna operacja.
Nic nie zapowiadało tragedii, wcześniej Chodorowski czuł się znakomicie. Krwotok nastąpił, kiedy bawił z wizytą u Włodzimierza Dawidowicza, także artysty, założyciela ursynowskiej „Galerii U”.
– Śmierć Antoniego cały Ursynów przeżywa jak odejście kogoś bliskiego. I wszyscy są tym zaszokowani. Stało się to tak nieoczekiwanie! Antek nigdy nie chorował, nie wiedział, co to lekarz, kiedy gorzej się czuł, brał aspirynę. Przy tym był niezwykle witalny, pełen pomysłów i planów, cieszył się życiem, rodziną, przyjaciółmi – tę opinię Barbary Maśluszczak, żony Franciszka, znanego malarza i rysownika, zarazem sąsiadki Chodorowskich, powtarzają wszyscy znajomi.
O popularności karykaturzysty wśród społeczności Ursynowa, największej warszawskiej dzielnicy, najlepiej świadczy tytuł „Pasmister”, nadany przed kilku laty Chodorowskiemu. Miano pochodzi od nazwy lokalnej ursynowskiej gazetki „Pasmo”, a otrzymują je osoby, które zbiorą najwięcej głosów jej czytelników.
Chodorowski pojawiał się na większości wernisaży i kulturalnych imprez. Miał charakterystyczny wygląd: mocno zbudowany, powolny w ruchach, brodaty, ze zmierzwioną czupryną, przypominał zbudzonego z zimowego snu niedźwiedzia. Jednak jego bystre spojrzenie dowodziło, że to tylko pozory, że uważnie obserwuje świat i ludzi. Choć rzeczywiście wstawał dopiero po południu, bo nocą najczęściej rysował…
Nocny tryb życia jaki prowadził, uniemożliwił mu zasiadanie w Zarządzie Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury. Bo gdy powierzono mu odpowiedzialną funkcję w Stowarzyszeniu, ani razu nie zdążył na zebrania kolegium. Po roku koledzy satyrycy doszli do wniosku, że nie uda im się zmienić obyczajów Chodorowskiego. Ale nie stracili do niego sympatii.
— Był niezwykle naturalny i szczery. Jeżeli miał coś komuś za złe, mówił to w oczy, nigdy poza plecami. Takie też były jego karykatury. Zabawne, żartobliwie wykpiwające nasze słabe strony, ale pozbawione jadu. A jego pomysłowość, sprawność manualna i umiejętność oddawania podobieństwa stały się wręcz legendarne. Nie tylko doskonale odtwarzał portrety z natury bądź ze zdjęć: umiał także rysować, nawet nie patrząc na kartkę, jednocześnie zajęty rozmową – opowiadał o koledze Jacek Frankowski, prezes Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury.
Chodorowskiego lubili też ludzie z zupełnie innych środowisk. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach nie opuszczał go dobry humor i życzliwość dla drugich. Szczególnie bolał go los dzieci pozbawionych rodzinnego ciepła. Reagował na to nie tylko słowami: wraz z żoną Zofią wychowywali, oprócz trójki własnego potomstwa, sześcioro dzieci adoptowanych z domów dziecka. Chodorowski każdemu nadał własne nazwisko, każde starał się jak najlepiej wykształcić, nauczyć mądrze żyć. Obecnie większość z nich to dorośli ludzie, którzy sami założyli rodziny, dochowali się dzieci. Artystę ogromnie cieszyła powiększająca się gromadka wnuków.
Inną jego pasją były rośliny. „Trzeba je rozumieć. Staram się poznać życie każdej odmiany, dociekam, czego wymaga” – powiedział w jednym z wywiadów.
Do zawodu rysownika i karykaturzysty dochodził właściwie samodzielnie.
Urodzony w 1946 roku w Chodorach, po ukończeniu szkoły średniej przyjechał do Warszawy i tu rozpoczął studia na politechnice, na Wydziale Inżynierii Lądowej. Już wówczas dorabiał satyrycznymi rysunkami i portretowaniem koleżanek. Wykształcenie plastyczne zdobył na Wydziale Architektury Wnętrz stołecznej ASP, którą ukończył w 1975 roku. W tym samym roku zdobył pierwsze laury na konkursach karykaturzystów w Rzeszowie i Strasburgu. Następne lata przyniosły mu wiele zaszczytnych tytułów, zdobytych na polskich i zagranicznych przeglądach rysunku satyrycznego. Zgromadził całą serię nagród i wyróżnień na legnickiej Międzynarodowej Wystawie Satyrykon. W sobotę 14 lutego jury legnickiego konkursu znów przyznało Chodorowskiemu nagrodę, tym razem za pracę „Wesołe miasteczko”, o czym autora poinformowano telefonicznie. Od samego początku związany z „Solidarnością”, systematycznie rysował do „Tygodnika Solidarność”. Z okazji piętnastolecia związku Chodorowski zaprezentował w warszawskiej siedzibie NSZZ „Solidarność” czterdzieści swoich najbardziej znanych rysunków, w tym wizerunek „Xięcia Lecha Wałęsy herbu Parkan”.
Był też autorem aforyzmów notowanych w zeszycie zatytułowanym „Prawa Chodora”. Poniżej przytoczony mógłby służyć mu za życiowe motto: „W satyrze wszystko musi być śmieszne, nawet honoraria”.
Utrzymywał też, że w satyrze nie można planować, z kogo czy czego będzie się żartować, prowadzi to bowiem do koniunkturalizmu.
W rysunkowych dowcipach Antoni Chodorowski bywał niekiedy brutalny i dosadny. I jakby w opozycji do tematów, kreska jego rysunków pozostawała delikatna, misterna i cienka. Bo ta sztuka była taka, jak autor – powstała z połączenia subtelności i siły.
Monika Małkowska
[Rzeczpospolita, 19 lutego 1999]